Menu

środa, 19 listopada 2014

Lampa z warkoczami

Oto ona...


 Podstawa została zakupiona na Allegro i trochę przeze mnie zmodyfikowana. Zmiany polegały na pokryciu nóżek lakierem akrylowym by stały się bardziej aksamitne oraz małej modyfikacji wyglądu metalowych podkładek i nakrętek, którymi połączono drewniane elementy. Zostały one błyskawicznie postarzone, dzięki nocnej kąpieli w rozworze Kreta. W konsekwencji czego przestały połyskiwać i gdzieniegdzie pojawiły się na nich plamki. 

PRZED
 
PO
 Kolejnym stopniem wtajemniczenia byłoby wystawienie ich na zewnątrz i czekanie aż pojawi się rudy. Mi brak połysku wystarczy. Jeśli jednak ktoś miałby ochotę na pełny i szybki vintage to polecam.
 Do podstawy lampy zakupiłam tu kremowy abażur. Nie byłabym jednak sobą gdybym nic z nim nie kombinowała. 
Tak wyglądał, gdy trafił w moje ręce.

 

Jednak mi marzył się abażur otulony sweterkiem, no wiecie w takiej zimowej wersji. Niestety takie cuda w gotowej formie kosztują strasznie dużo. I tak chcąc spełnić swoją zachciankę, a jednoczenie nie zobaczyć dna w portfelu, wybrałam się do SH, a tam zakupiłam sweter z całkiem ciekawym splotem za 8 zł. Jak już go przytargałam do domu to wzięłam się do roboty. Odprułam rękawy, kołnierz, guziki i obcięłam górną część, żeby dopasować rozmiar swetra do wielkości abażura. Następnie zabezpieczyłam ją dzierganym, aby się nie pruła i obrzuciłam na okrętkę nicią, uzyskaną po spruciu kołnierza. Dzięki temu zabiegowi powstał tunel, w który wciągnęłam gumkę by sweter lepiej układał się na abażurze. I gotowe!

 

Teraz  prezentuje się tak. Oczywiście w każdej chwili można go zdjąć i powrócić do pierwotnej wersji.



Jak Wam się podoba mój nowy nabytek? Co sądzicie o warkoczach na abażurze? Podoba Wam się taka wersja czy wolicie klasyczną?

Pozdrawiam ciepło w ten chłodny listopadowy wieczór.
T.

wtorek, 4 listopada 2014

Romantycznie i nierozważnie

Mam nadzieję, że dzięki tekstyliom z H&M Home stało się nieco bardziej romantycznie w moim salonie. Zakupiłam je już jakiś czas temu w promocyjnej cenie w ramach akcji "Wpakuj sentymenty do torby". Czyli zaniosłam do sklepu siatkę pełną starych kocy i ręczników za co dostałam 30% rabatu. Choć przyznam szczerze, że nawet po obniżce nie były super tanie, ale co było zrobić, gdy skradły moje nierozważne serce.



Na stole widać astry z naszego ogródka.


















A na zdjęciu poniżej widać moje ostatnie odkrycie - czekoladę toffi z solonymi orzechami Wedla. Ona też skradła moje serce, a raczej podniebienie. Niestety należę do tych ludzi, którzy zdecydowanie wolą endorfiny w postaci czekolady niż aktywności fizycznej. Co niestety jest bardzo zgubne.




Pozdrawiam cieplutko
w ten jesienny wieczór.
T.

sobota, 4 października 2014

Jesień w domu

oto ona...







Tak wygląda jesień w moim domu. Króluje wrzos w trochę nietypowych miejscach i dynie, z których za jakiś czas powstanie pyszna zupka według przepisu Niezapominatki. Jak raz ją wypróbowałam to od tej pory robię co roku.

Wieczory stają się zimniejsze, a noce co raz dłuższe. Postanowiłam w tym roku rozgrzewać się żurawinową nalewką własnej produkcji. Przepis jest banalnie prosty i bardzo smaczny czyli taki jak lubię najbardziej:

1/2 litra wódki
3 szklanki żurawin
3 szklanki cukru
1/4 litra spirytusu
Żurawiny dobrze jest najpierw zamrozić, a potem rozmrozić by pozbyć się ich gorzkiego posmaku. Po rozmrożeniu owoce zgniatamy wałkiem na masę i zalewamy wódką. Mają tak stać przez 10 dni. Po tym czasie wyciskamy żurawiny przez gazę, a czerwoną ciecz wlewamy do garnka, po to by ją podgrzać i dodać cukru. Przy tej czynności trzeba naszą naleweczkę pilnować. Cukier ma się w niej rozpuścił, a całość nie zagotować. Po wystygnięciu wlewamy do niej spirytus i gotowe! Ja na koniec wrzuciłam jeszcze laskę wanilii.


Polecam! Wychodzi przepyszna!

Pozdrawiam cieplutko i idę delektować się
 długim, jesiennym wieczorem.
T.

poniedziałek, 8 września 2014

Targi meblowe

 Zawsze wiedziałam, że Warmia i Mazury to piękny region Polski, ale niestety prowincja w kwestii wydarzeń kulturalnych, szczególnie związanych z designem czy wzornictwem przemysłowym. Dlatego cieszę się, że w tym roku zdecydowałam się wybrać na Międzynarodowe Targi Meblowe do Ostródy. Nawet się nie spodziewałam, że jest to tak świetnie zorganizowana impreza, z naprawdę dużą ilością wystawców i prezentowanych mebli. Jeśli ktoś w przyszłym roku będzie w okolicach Ostródy to zapraszam. Trafić na targi jest bardzo łatwo bo odbywają się w niedawno wybudowanych halach Arena Ostróda blisko dróg krajowych przebiegających przez to miasto.
 Dodatkową zaletą targów były darmowe wejściówki, dostępne po dokonaniu rejestracji na stronie www. Jeśli jednak chodzi o kolekcje meblowe prezentowane na hali wystawowej to niektóre modele podobały mi się bardzo, inne mniej, a niektóre wcale. Zobaczcie co wpadło mi w oko i znalazło się w zasięgu mojego telefonu komórkowego.


 





 


Do miłego
T.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Firanowy ornament

Kobieta zmienną jest! W moim przypadku to powiedzenie oddaje 100% prawdy w kwestii dekoracji wnętrz. Cały czas coś bym zmieniała, udoskonalała. I tak po kilku miesiącach patrzenia zaraz po przebudzeniu i tuż przed zaśnięciem na naszą fototapetę postanowiłam coś zmienić. Trochę rozjaśnić, dodać lekkości, ażurowości, a jednocześnie dopasować wygląd tapety do dość romantycznego wystroju naszej sypialni. I tak wpadłam na pomysł firanowego ornamentu. Inspiracji dostarczyła mi ozdobiona w ten sposób komoda do zobaczenia tutaj i ściana w sypialni Ystin  Sama Ystin była bardzo pomocna bo błyskawicznie odpisała na mojego maila z prośbą o udzielenie wskazówek na co zwrócić uwagę podczas pracy. Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję. Jeśli komuś przyszedłby do głowy podobny pomysł to wszystkie rady przekazuję: 
Po pierwsze dobrze umocować firankę ze wszystkich stron, tak żeby była naciągnięta i równo przylegała. 
Po drugie pryskać grubo bo poprawki nie wchodzą w grę.  
Po trzecie nie trzymać sprayu długo w jednym miejscu.

Jak poradziła Ystin tak też zrobiłam. Zaczęłam  od zakupu firanki z dużymi oczkami i dużą ilością wzoru po to by widać było przez niepomalowane miejsca fragmenty fototapety. Potem przyszedł czas na przytwierdzenie materiału do podłoża. Łatwo nie było, a trzeba było to zrobić dokładnie, bo jeśli firana odstawałaby w niektórych miejscach wzór by się nie odbił. Najgorzej było z częścią przy suficie. Za nic nie chciała trzymać się za pomocą taśmy, aż wpadłam na pomysł by zastosować małe klińce i spróbować je wcisnąć w między zabudowę, a sufit i w ten sposób przytwierdzić firankę. Udało się.
Tak wyglądała firana przytwierdzona do fototapety oraz zabezpieczone boki, góra i dół czym się dało i co było pod ręką.
 























Jak się potem okazało takie zabezpieczenie było zdecydowanie za słabe. Farba w sprayu nie lądowała tylko na fototapecie, ale unosiła się w całym pokoju tworząc białą, lepką mgłę. Osiadła ona na wszystkim co poziome. Rano, po tym jak dzień wcześniej szorowałam całą podłogę, wszystkie meble i sprzęty znajdujące się w sypialni i w garderobie, miałam niezłe bóle mięśni. Czułam się jak po SKS-ach, a na które chodziłam w szkole podstawowej. Dziś, gdyby zachciało mi się coś jeszcze raz malować sprayem w pomieszczeniu, stworzyłabym coś na kształt namiotu tlenowego z foli malarskiej i dopiero pryskała. Nie wiem tylko czy dało by się tam oddychać bo i bez tego było trudno wytrzymać podczas całej akcji.
Tak wyglądała fototapeta po zdjęciu firany:
Nie wyszło tragicznie, ale jak dla mnie trochę za słabo były widoczne nasze twarze i zarys wiatraka. Postanowiłam więc je nieco odkryć i zaschniętą farbę, w niektórych miejscach zszorowałam gąbka do mycia naczyń.

Teraz wygląd tak:
Na zdjęciach ta różnica nie jest tak widoczna jak w rzeczywistości, ale wprawne oko zauważy zmianę.

A teraz dla porównania:
            Tak było:                                                        Tak jest:
 


Co myślicie o tej metamorfozie? Może być? Pewnie za jakiś czas znów wymyślę coś nowego bo kobieta zmienną jest.
T.


środa, 13 sierpnia 2014

Co nowego w moim M.

Dziś chciałam Wam pokazać jakie nowości zagościły, albo zagoszczą w moim królestwie. Zacznę od drobiazgów czyli stoperów w formie woreczków. Niestety nie mogę pochwalić się ich własnoręczną produkcją. Zostały po prostu zakupione w gotowej formie, w jednej z olsztyńskich hurtowni materiałów dekoracyjnych i AGD. Mimo to bardzo je lubię. Są wysokie, a przez to praktyczne bo super sprawdzają się do przytrzymywania drzwi balkonowych, które u mnie osadzone są dość wysoko nad posadzką. Na lato jak znalazł.

 

 Pojawił się też aparat skrzynkowy z 1947 roku wypatrzony w sklepie z meblami holenderskimi i różnymi klamotami w trakcie wypadu do Słupska. Podczas jego zakupu odkryłam w sobie smykałkę do targowania, o którą siebie wcześniej nawet nie podejrzewałam. Aparat dobrze odnalazł się w towarzystwie ebonitowego telefonu i radia po dziadku.

 


Niebawem do nowości w moim M. dołączy metalowa szkatułka zakupiona na Westwing.


A na koniec Witkacy, a w zasadzie kopia jednego z obrazów licznie wyprodukowanych w jego "Firmie Portretowej". Ten został przeze mnie wypatrzona w na targu staroci pod Halą Targową w Krakowie. Ileż było emocji przy jego zakupie, bo przez chwilę miałam nadzieję, że być może to sam Stanisław Ignacy Witkiewicz syn stworzył to dzieło. Po ekscytującym śledztwie przeprowadzonym w bibliotece, gdy pełna napięcia przeglądałam kolejne albumy po to by znaleźć pierwowzór, albo jeszcze lepiej odkryć, że jest to zaginione dzieło wielkiego artysty międzywojnia, okazało się, że to kopia portretu prof. dr. Stefana Szumana z Muzeum Narodowego w Krakowie. Mimo, że to nie oryginała to przygoda była świetna, a sama kopia nie odstaje za wiele od pierwowzoru. Teraz obraz dumnie wisi w naszym przedpokoju. I chyba mu tam dobrze.




Do  następnego
T.

środa, 23 lipca 2014

Balkon raz jeszcze

Niestety lawenda, o której pisałam tutaj, nie poradziła sobie na moim dość mocno zacienionym balkonie. Mimo, że pełna nadziei czytając na forach ogrodowych wiedziałam, że niektórym się to udaje. Teraz zmieniła miejsce i rozwija się świetnie. Ja jednak nie dając za wygraną postanowiłam dalej próbować, by nieco bardziej ożywić balkon.
Trochę zrezygnowana i z lekkim niedowierzaniem pojechałam do Obi w poszukiwaniu jakiejś roślinki, która nie wyglądałaby źle w białym koszu po lawendzie. Znalazłam, jak przeczytałam na doniczce - Euphorbie. Próbowałam w komórce wygooglować co to jest i jakich warunków potrzebuje bo w sklepie akurat żaden z pracowników nie był w zasięgu wzroku. Jednak nie bardzo mi szło i nic nie znalazłam. Spodobały mi się bardzo te białe drobne kwiatuszki. Postanowiłam zaryzykować i kupiłam w ciemno.
 Dziś już wiem, że to była dobra decyzja.


Roślina ma się dobrze, a ja rozszyfrowałam, że to Euphorbia hypericifolia czyli Wilczomlecz dziurawcolistny czasem zwany Diamentowym mrozem. Ta ostatnia nazwa najbardziej mi się podoba.


Ale jeszcze czegoś mi brakowało. Pustawo jakoś było. I wtedy pomyślała, że zawsze marzyłam o świeżych ziołach, które w każdej chwili będą pod ręką. Czas spełnić swoje kolejne marzenie. I o to jest stojak LANTLIV z Ikei, ceramiczne doniczki i sadzonki ziół z miejskiego bazarku.

 

Przydałyby się jeszcze tabliczki z nazwami ziół. Ostatnio pojawiły się fajne w kampanii Scandi w stylu Drescher w Westwing, pomyślę jeszcze.
Bluszcz rosnący w koszyku pomalowanym przeze mnie białą farbą w spraju.
A tu widok od strony naszego niewielkiego stolika.



Póki co cieszę się naszym balkonikiem także po zmroku.




















Nawet mój Zaprzysiężony, gdy wczoraj wieczorem wszedł na balkon by wypić lampkę wina stwierdził: "ale tu ładnie". 

  

 Wam też się podoba?
T.